Codzienność. Conocność. Cowieczorność.
Nadranna gonitwa Popielic pod dachem. Ich lśniące piski. Zadziwiająco odmienne od leszczynowych – cichych i matowych.
Trzy Ropuchy strzegące domu nocą. Już trzy!
Ukochany, wilczokrewny Pies przed kominkiem. Miękki, spokojny sen.
Łanie mijane na ścieżce nawet wczesnym popołudniem. Nocne liczenie błyszczących par oczu.
Ćmy! Nocna obfitość tych brunatnych dusz nocy. Ich poranne, rozpaczliwe wyglądanie przez okno.
Zdrowiejące oczy Milenki. Choć jej zaufanie nadwyrężone. Kto z łatwością zgodziłby się na ozdabianie oczu różnokolorowymi kroplami?
Poranne pisanie pod osłoną Leszczyny. Wdychanie zapachu kawy z cynamonem.
Deszcz! Deszcz i chłód już kolejny dzień. Bez-troska o istoty bezradne wobec upału.
Ręka sięgająca coraz wyższych półek. Cichnący ból.
Poranne pomruki Buraska, Smerfika i Milenki. Miękkość ich ciał wtulonych we mnie. Spokój i ufność.
Miłość.
Nocne piłowanie wśród traw. Trrr – trrr. Trrr – trrr. Derkacz wciąż tu jest!
Spacerowy zapach Poziomek przed buczyną. Po raz pierwszy.
I Macierzanka naskarpowa. Przydrożna. Świecąca z daleka fioletowymi kwiatami. Pachnąca jednak z bliska.
Pomocne dłonie. Rodzinne. Sąsiedzkie. Nieodmawiające.
Poczucie szczęścia.
xxx
Pomimo.
