Jeszcze nie.
Mój Czas Do-Ludzi, Do-Świata, Do-Ruchu – zamilkł. Znieruchomiał.
Cichł powoli. Opadał w lekkim kołysaniu między złotymi liśćmi. Odpływał z sinymi chmurami. Niewyraźniał we mgle.
Czekałam na Niego godzinami. Dniami. Doczekiwałam.
Aż pewnego mrocznego wieczora mgła powiodła Go do lasu. I tu porzuciła.
Znalazł miejsce pod brunatną, rozłożystą suknią leszczyny i zanurzył dłonie w jej odpadłych liściach. W zapachu rozkładu. W mokrym, miękkim butwieniu. Dotarł głębiej, do srebrzystego chłodu. Wygrzebywał kamienie jeden po drugim i odkładał na bok. Niewielki kopczyk szybko zamieniał się w pagórek kanciastych, lepkich od ziemi brył.
I nora zawołała do mnie z trzewi Ziemi.
Jeszcze tylko modrzewiowe gałązki na dno. Ich miękkość przywabi sny.
xxx
Jeszcze nie.
Nie pora na świat.
Nora jest tak ciasna, jak to znosi moja klaustrofobia. I tak ciemnoszara. Grzybnokorzenny zapach obkleja płuca. Choć ziemia od dawna jest czerstwa. Kołyszę się w niej, układam, sprawdzam kąty i pozycje. Który bok mojego wysuszonego, obolałego ciała najłatwiej przyjmie twardość ziemi? Która gałąź utuli wiotkością?
Jeszcze nie wiem. Marznę a moja skóra pęka. Cisza jest dla mnie głuchą, odbijającą lęki pustką.
Podążanie za Rytmem.
Wniknięcie. Zamknięcie. Cisza. Bez-głosów. Bez-zapachów. Bez-słońca i bez–księżyca.
Ale wiem, że to minie. Pamiętam.
Ziemiste ściany zaczną nasiąkać wodą. Nabrzmiewać. Moja skóra na powrót stane się gładka a policzki pełne. Ziemny zapach zaszumi mi w głowie soczystością. Nakarmi płuca, żyły i mięśnie.
Mroczność kruczych piór zajrzy w oczy. Cisza przemieni się w ukojenie.
W tak ciemnej, wilgotnej i pachnącej norze bez wysiłku zwinę się w kłębek. Wtulę w puszyste, modrzewiowe igły i zasnę – wreszcie – spokojnym, nienaznaczonym przebudzeniami snem.
xxx
I wtedy wystarczy już moment, mgnienie. Machnięcie skrzydła motyla. Głębokie westchnięcie. Krzyk myszołowa w przestworzach.
Otworzę oczy. Po omacku, w ciemności, odnajdę drogę i pomocne kamienie. Korzenie. Moje młode ciało z każdym ruchem w górę będzie bardziej rozbudzone. Zwinniejsze. Oczom wystarczy czasu, by przeniknąć szarzejącą ciemność.
Kiedy wysunę się spod ziemi, będę gotowa. Źrenice bez bólu wchłoną ostrą biel śniegu. Płuca napełnią się – jak pierwszy raz – mroźnym oddechem. Policzki muśnie lodowaty wiatr.
Młode, widzące-w-dal oczy dostrzegą dom. Nogi pobiegną szybko, mimo zasp.
Do ognia. Do ludzi. Do śmiechu.
Do świata.
