Przejdź do treści
Strona główna » rozpamiętnik » kolejna noc nie dla snu

kolejna noc nie dla snu

Kolejna noc nie dla snu. Trrrr-trrrr. Trrrr-trrrr. Trrrr-trrrr. Rozczulające piłowanie w gęstwinie traw pod starym bukiem. Odpowiada mu echo, nieco mniej słyszalne, choć – mam wrażenie – przemieszczające się. Dwa derkacze przed domem stanowią wystarczający powód, aby nie zmrużyć oka!

Siedzę na werandzie otulona kocem, zajadam truskawki i słucham koncertu. Derkacze są coraz bliżej siebie. W którymś momencie w ich dwugłos próbował wbić się puszczyk – ale jego odległe nawoływania z doliny brzmią na tle dwóch pił niczym szept. Choć szept zdeterminowany.

Porzucam salę koncertową i idę do domu po dokładkę owoców. Na szczęście oświetlam sobie drogę, więc na czas udaje mi się wycofać jeden z kroków. Przed drzwiami tkwi Klementyna. Nieruchomo. Z całą swoją doskonałą, ropuszą przysadzistością. A ponieważ każdej nocy okrąża dom z przedziwną regularnością – domyślam się, że jest około północy.

Spotkanie z Klementyną zawsze jest dla mnie świętem, kucam więc w oddaleniu i wpatruję się w złote oczy. Ropucha nawet nie drgnie. Pewnie przyzwyczaiła się już do mojego odległego towarzystwa.

Nagle dostrzegam, że w jej kierunku zmierza ślimak! Młodziutki, niedoświadczony jeszcze ślinik. Śliniczek. Krew zastygła mi w żyłach. Ropucha siedzi, maluch szybko pełznie w jej stronę. Jest już tuż przy niej! Ropucha niewzruszona. W końcu straceniec dotyka jej nogi… Martwieję. Klementyna w odpowiedzi na to zuchwalstwo… odsuwa nogę i uparcie siedzi dalej! Nie wierzę. Ślimak najwyraźniej jest zdeterminowany, aby bliżej poznać mięsistą przeszkodę – i powoli, systematycznie… zaczyna się na nią wspinać! Myślę sobie – nie, tego już nie przeżyje. Przecież Ona tego nie wytrzyma! Może nie jest głodna, może jej brzuszek pełen jest rodzeństwa tego śmiałka – ale są granice!

Najwyraźniej jednak biegną one gdzie indziej. Ropucha strzepnęła z siebie ślimaka i oddaliła się dostojnym krokiem na bezpieczną odległość (niecałego metra) w stronę ziemianki. Patrzyłam na nią jeszcze chwilę. Za ropuszymi plecami przemknął biegacz. I długonogi pająk. 

Oczywiście, w całej tej mrożącej krew w żyłach obserwacji towarzyszył mi koncert na dwa głosy.

Trrrr-trrrr. Trrrr-trrrr. Trrrr-trrrr.

Puszczyk pewnie odleciał w dolinę.

Powinnam iść spać. Ale tak mi żal!