Opadło na nią nagle. Wgryzło się w przedramię i nie odpuszczało.
Wyczerpanie.
Ręka bywała zmęczona – ale nigdy tak dogłębnie. Tak do kości. Boleśnie.
Tak, że dość już. Dość.
Tego dnia w powietrzu tańczył gęsty, mglisty śnieg. Aż słońce rozpruło siną kurtynę i świat rozmigotał się i rozsrebrzył. Ale w niej, prawej Ręce, nie przejrzał się ten blask. Nie poczuła też na sobie rękawiczej, kojącej miękkości. Nie lepiła bałwana ani śnieżek. Nie trzymała się z całej siły poręczy rozpędzonych sanek. Nie cieszyła się tym wszystkim, ani też jedną z tych rzeczy.
Choć od długiego czasu żyła w silnej zażyłości z białością. Zgoła jednak inną.
Od mrocznego, przedsłonecznego świtu do głębokiej nocy ślizgała się po jaśniejącej szybce. Stukała w nią gestem na wskroś poznanym, wyćwiczonym. Nużącym. Oddalającym ją od mroźnego życia za oknem. Tego żywego.
Wystarczy. Ręka poczuła, że więcej nie wytrzyma tej nieodmienności. Ogromniejącego w niej – z każdym dotknięciem szklanej szybki – bezsensu.
Zaczęła płakać. Ze smutku. Z bezsilności. Zmęczenia.
Płakała bezszelestnie. Niepostrzeżenie. Łzy spływały do środka i nikt ich nie zobaczył. A (więc) ona płakała dalej. W jej wnętrzu pojawiły się niewielkie, słone jeziorka – i nadal nikt niczego nie zauważył.
…ja niczego nie zauważyłam…
Dni przemykały cichaczem. Jeziorka się powiększały. Słona woda zaczęła falować w bolesnych skurczach.
Nareszcie!
Kiedy ból dopłynął do świadomości (…mojej…) – miała nadzieję, że to wystarczy. Że będzie mogła odetchnąć. Że chroni ją prawo(ręczność).
Ale nie. Obecność bólu niczego nie zmieniła. Nadal musiała pracować. Stuk. Ślizg.
Łzy.
Ból nabrzmiewał i smakował czystą solą.
Smutek pogłębiał się i ciężał.
Któregoś dnia przygiął ją do ziemi i już się nie uniosła. Już nie umiała latać.
Mimo to ślizg. Stuk.
Łez było tyle, co żywej krwi. I więcej. Ręka czuła, jak w tych łzach odpływa od niej życie. Jest coraz dalej. Niknie na horyzoncie. Spoglądając na swoją siostrę dostrzegała, że i one – bliźniaczki – oddalają się od siebie. Siostra cieszyła się niezmiennością. Zaś ona sama była bez-silna, ziemista i opuchnięta od płaczu.
xxx
Kiedy ból stał się nie do zniesienia a ruch zamarzł zupełnie – dostrzeżono ją i uznano jej trud.
… ja dostrzegłam ją i uznałam…
Ale upłynęło zbyt wiele łez. Ręka nie wie, co zrobić z tą nagłą troską. Nie rusza się więc nadal i boli. Jedynie ból upewnia ją o tym, że – zamrożona – wciąż żyje. Nie chce więc z niego rezygnować.
A jednak powoli, bardzo powoli, sączy się zmiana.
Przestała płakać.
